(Recenzja filmu „Sprzymierzeni”).
W 1943 roku, w Północnej Afryce (a konkretnie w Maroku Francuskim), zaczyna się epicki romans, który wyrasta z okrutnej brutalności i – zarazem – niezwykłego piękna lat 40. ubiegłego wieku. Oraz złożoności natury ludzkiej. Czy Sprzymierzeni to jednak na pewno podszyty dramatyczną love story thriller szpiegowski? Ano niekoniecznie?

Po raz pierwszy spotykają się w legendarnej Casablance. On – Max Vatan (Brad Pitt), Kanadyjczyk pracujący dla brytyjskiego wywiadu wojskowego, i ona – Marianne Beauséjour (Marion Cotillard), bohaterka francuskiego ruchu oporu z Paryża. A wygląda to tak – wyczekany mąż, w którego istnienie jakoby nikt nie wierzył, przyjeżdża na urlop do popierającej rząd w Vichy pięknej Francuzki. Potem jest już z górki – nieco kamuflażu, uwiarygodniającego tkaną wcześniej opowieść, i pozory małżeństwa w gorącym pustynnym klimacie miasta pod gwiazdami. Krótkie rozpoznanie terenu (w międzyczasie epizod ukazujący skuteczność męża) i… akcja. Akcja, która – jak uspokaja Marion – będzie o czasie, bo będący celem zamachu alianckich agentów ambasador III Rzeszy is German*, a Niemcy przecież się nie spóźniają…

Na dzień dobry dostajemy jednak Brada Pitta, opuchniętego jak po nad wyraz owocnym spring breaku. Jego twarz nie jest twarzą dojrzałego mężczyzny, lecz kogoś, kto panicznie boi się upływu czasu, ale pomylił numer telefonu i – zamiast do chirurga plastycznego Kena – wpadł w łapy dr Frankensteina. Aktor zdolny i utalentowany – co do tego nie ma wątpliwości – ustępuje w tym obrazie drewnu, które – zaklęte w kształt krzesła – gra o niebo lepiej od niego. Pitt i burza piaskowa w Sprzymierzonych są bardzo podobni – niby porywają i przy pewnym wysiłku oraz chęci uwierzymy, że są „prawdziwi”, ale głębi, prawdy ani pasji w tym nie ma… Bo nawet kiedy wycofany, wyrachowany i pozbawiony emocji facet nagle zmienia się w zakochanego nastolatka, to… No właśnie, nie w mężczyznę, ale nastolatka właśnie.

Sprzymierzeni to w zasadzie film jednej gwiazdy – Marion Cotillard. (Choć wszyscy starają się jak mogę zejść z drogi Bradowi, by nabrał w końcu wiatru w żagle). Jej bohaterka jest żywa, namiętna, otwarta. To kobieta koliber – zwiewna, eteryczna, piękna i niewiarygodnie silna zarazem. Porywa prawdą, pasją, wiarą i emocjami. Jak sama Marianne mówi mężowi: I keep the emotions real. That?s why it works*. I widz czuje to każdą komórką ciała.

Francuski Cotillard pieści zmysły. A próby nauczenia męża paryskiego akcentu są miłą zabawą dla ucha. Są więc drobiazgi, które dopracowano (wzór chemiczny, tasowanie talii kart), ale i takie, które rażą (nerwowe drżenie dłoni trzymających torebkę, kelner zbyt zaciekawiony tym, co robią goście). Wnikliwy widz zauważy jeszcze kilka niezgodności, których nie ma prawa się pojawić podczas pracy dwójki specjalistów tak wysokiej klasy (o budżecie produkcji i nazwiskach osób w nią zaangażowanych nie wspominając). Do tego zakrzywienie czasoprzestrzeni czy weekendowe wypady nabierają po tym seansie nowego znaczenia…

Kto jednak chłonie seanse filmowe całym sobą – nie rozczaruje się. Bo film porywa zmysły – obrazy, muzyka czy melodyka języka mieszkańców kraju wina i serów tworzą mieszankę niemniej wybuchową niż konflikt wojenny w tle. Scenografia i kostiumy są bowiem majstersztykiem. Sprzymierzeni to piękne wnętrza, piękni ludzie, piękne stylizacje. Stroje, które uwodzą krojem, kolorem, wzorem i widoczną dbałością o szczegóły oraz wykończenie. Makijaż (ach, te czerwone usta i paznokcie!), fryzury (loki i kapelusze, toczki czy fascynatory i cudowne woalki), biżuteria i dodatki. Architektura (drzwi, okna, żyrandole), meble (stoły, krzesła), samochody. Szyk, styl, smak.

Nie do końca wiadomo, o czym jest ten film. Nie do końca wiadomo, o kim. Czasami jest zbyt wiele zbyt oczywistych słów i brak miejsca dla wyobraźni. Czasami wyobraźnia musi pracować pełną parą, bo ma się wrażenie, że podczas montażu wycięto nie te klatki, które usunąć trzeba było. Gdyby Robert Zemeckis w pracę reżysera nad uwiarygodnieniem historii a Brad Pitt w grę aktorską włożyli chociaż połowę zaangażowania, co scenografowie i kostiumolodzy w swoje obowiązki, film byłby wart zapamiętania. A tak pierwsze – i jedyne – co nasuwa się po wyjściu z sensu to słowa: Je t’aime, mon Quebecois*, czyli wspomnienie pięknej, silnej i odważnej kobiety, która dla miłości odda wszystko…

Reasumując – oczy szeroko zamknięte, bujna wyobraźnia, umiłowanie piękna oraz miłość do pani Cotillard sprawią, że nie będzie to zmarnowany czas. Dlaczego jeszcze warto? Dla dwóch ostatnich scen. Dla Marion – w wersji z pewnością hollywoodzkiej, a jednak prawdziwej i z klasą. Dla broszek, sukien, fraków i ponadczasowej elegancji lat 40. Dla ożywiających epizodów z udziałem Lizzy Caplan w roli siostry głównego bohatera czy Simona McBurney’a z Kierownictwa Operacji Specjalnych.
Bo reszta to tylko do not play it again, Sam*…

Metryczka:
Reżyseria: Robert Zemeckis
Tytuł: „Sprzymierzeni”
Tytuł oryginału: „Allied”
Język oryginału: angielski
Kraj produkcji: USAWielka Brytania
Scenariusz: Steven Knight
Obsada: Brad Pitt (Max Vatan), Marion Cotillard (Marianne Beauséjour), Jared Harris (Frank Heslop), Simon McBurney (Przedstawiciel S.O.E.), Lizzy Caplan (Bridget Vatan).
Muzyka: Alan Silvestri
Zdjęcia: Don Burgess
Produkcja: Robert Zemeckis, Steve Starkey, Graham King
Premiera światowa: 13 listopada 2016 roku
Premiera polska: 25 listopada 2016 roku
Czas trwania: 124 min

Ocena: 2/5

* Cytaty pochodzą z recenzowanej pozycji – filmu „Sprzymierzeni” Roberta Zemeckisa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *